Jak zaczęłam praktykować wdzięczność i przestałam warczeć na kuriera

kurier

Pozwól, że zgadnę. Masz za sobą kolejny dzień, w którym ekspres do kawy zastrajkował, na zebraniu online ktoś po raz setny mówił z włączonym wyciszeniem, a jedyne wolne miejsce parkingowe pod sklepem zajął ci samochód wielkości małego księstwa. Kumulacja drobnych złośliwości losu sprawia, że pod koniec dnia masz ochotę zaszyć się pod kocem z zapasem czekolady i scrollować memy o tym, jak bardzo życie potrafi dać w kość. Brzmi znajomo?

Ja też tak miałam. Moje poranki zaczynały się od mentalnej listy zażaleń, a dzień kończył podsumowaniem wszystkiego, co poszło nie tak. Słowo „wdzięczność” kojarzyło mi się z lukrowanymi cytatami na Instagramie i aforyzmami wyszywanymi na poduszkach. Uważałam, że to infantylna zabawa dla ludzi, którzy nie mają prawdziwych problemów. Praktykować wdzięczność? Prędzej nauczę się programować w języku C++ przez sen. A jednak, coś pękło. Zmęczona własnym narzekactwem, postanowiłam dać temu „czemuś” szansę. Efekty? Cóż, powiedzmy, że kurier, który ostatnio pomylił piętra, usłyszał „nic się nie stało, miłego dnia!”, a nie stłumione warknięcie. Zmiana może i niewielka, jednak dla mnie rewolucyjna. Oto moja historia i przewodnik, jak zacząć codziennie praktykować wdzięczność bez poczucia, że oszukujesz samą siebie.

Czym jest wdzięczność i dlaczego na początku ją wyśmiewałam

Na starcie musimy sobie coś wyjaśnić. Praktyka wdzięczności nie jest magicznym zaklęciem, które sprawi, że znikną wszystkie Twoje problemy, a z kranu poleci szampan. Nie chodzi o to, żebyś z uśmiechem na twarzy akceptowała toksycznego szefa czy awarię pralki. To raczej zmiana optyki – świadome skierowanie reflektora uwagi z tego, czego nie masz, na to, co już posiadasz. To umiejętność zauważania i doceniania dobrych rzeczy, nawet gdy są małe, powszednie i pozornie nieistotne.

Moje początkowe podejście było, delikatnie mówiąc, sceptyczne. Uważałam, że to forma oszukiwania mózgu, toksyczna pozytywność w czystej postaci. Bo jak mam być wdzięczna za słoneczny dzień, kiedy mam na głowie ważny projekt, który ledwo zipie? W psychologii zjawisko skupiania się na negatywach ma nawet swoją nazwę – „negativity bias”, czyli skłonność do negatywności. Nasze mózgi ewolucyjnie wykształciły mechanizm, który każe nam bardziej koncentrować się na zagrożeniach i problemach niż na przyjemnościach. To miało nas chronić przed zjedzeniem przez tygrysa szablozębnego, jednak w dzisiejszych czasach ten mechanizm sprawia, że bardziej przeżywamy niemiły e-mail niż dziesięć pozytywnych komentarzy. Praktykowanie wdzięczności i pozytywne myślenie to świadoma praca nad przeprogramowaniem tego fabrycznego ustawienia.

Sceptycyzm stopniał, gdy trafiłam na dowody naukowe. To nie jest jakaś szamańska praktyka, a realne narzędzie o udowodnionym działaniu. Badacze tacy jak Robert A. Emmons z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis poświęcili lata na analizowanie wpływu wdzięczności na ludzkie życie. W jednym z klasycznych badań opublikowanych w „Journal of Personality and Social Psychology” podzielono uczestników na trzy grupy. Pierwsza przez dziesięć tygodni zapisywała rzeczy, za które czuje wdzięczność, druga – codzienne irytacje, a trzecia – neutralne wydarzenia. Wyniki były jednoznaczne. Grupa „wdzięczna” nie tylko czuła się bardziej optymistycznie i była bardziej zadowolona z życia, ale także… rzadziej chodziła do lekarza i więcej ćwiczyła. Okazuje się, że regularne docenianie drobnych rzeczy może wpłynąć nie tylko na psychikę, lecz także na zdrowie fizyczne.

Moje pierwsze kroki – dziennik wdzięczności bez lukru i brokatu

Skoro nauka dawała zielone światło, postanowiłam spróbować. Pierwszym i najczęściej polecanym narzędziem jest dziennik wdzięczności. Zapomnij o pięknych, skórzanych notatnikach z pozłacanymi brzegami. Mój pierwszy dziennik był zwykłym zeszytem w kratkę za dwa złote, kupionym przy okazji zakupów spożywczych. Twoim może być aplikacja w telefonie, dokument tekstowy na komputerze albo nawet serwetka z kawiarni. Forma nie ma znaczenia – liczy się treść.

Zasada jest prosta jak konstrukcja cepa: codziennie, najlepiej o stałej porze (u mnie sprawdził się wieczór, tuż przed snem), zapisz od trzech do pięciu rzeczy, za które jesteś wdzięczna. I tu zaczynają się schody. Pierwszego wieczoru usiadłam z długopisem w ręku i poczułam kompletną pustkę. Mój mózg, wytrenowany w wyszukiwaniu problemów, nagle miał znaleźć powody do wdzięczności. To było trudniejsze niż przypuszczałam. Pierwsze wpisy były komicznie trywialne:

  1. Dobra kawa rano.
  2. Kurier jednak zdążył przed 16:00.
  3. Znalazłam pasującą do pary skarpetkę.

Czułam się głupio. Naprawdę mam być wdzięczna za skarpetkę? Jednak postanowiłam trzymać się zasady i robić to dalej. I tu tkwi sekret – w regularności. Po kilku dniach zauważyłam ciekawą rzecz. Mój mózg w ciągu dnia zaczął sam, bezwiednie, szukać rzeczy, które mógłby wieczorem wpisać do dziennika. Idąc ulicą, zamiast myśleć o tym, jak bardzo bolą mnie nogi, mój umysł rejestrował: „O, kwitną bzy, ładnie pachnie, będzie do dziennika!”. Stojąc w korku, zamiast kląć pod nosem, myślałam: „Fajną piosenkę puścili w radiu, zapiszę sobie”.

Prowadzenie dziennika powoli zmieniało moje nastawienie. Uczyło mnie uważności i dostrzegania małych, pozytywnych momentów, które wcześniej mi umykały. Sekret polega na tym, żeby na początku nie stawiać sobie zbyt wysokiej poprzeczki. Nie musisz być wdzięczna za pokój na świecie i ocalenie wielorybów. Zacznij od absolutnych podstaw: ciepłe łóżko, smaczna herbata, fakt, że masz dach nad głową, rozmowa z przyjacielem, działający internet. Z czasem, gdy Twój „mięsień wdzięczności” się wzmocni, zaczniesz dostrzegać więcej i głębiej. Wpisy zaczną ewoluować od „dobrej kanapki” do „wdzięczności za moje zdrowie, które pozwala mi pracować” albo „doceniam to, że mam przyjaciela, który zawsze mnie wysłucha”. Ważne, by codziennie zapisywać nowe rzeczy, aby nie popaść w rutynę.

Ewolucja praktyki – od zapisywania do autentycznego odczuwania

Dziennik wdzięczności to fantastyczny punkt wyjścia, jednak to dopiero początek drogi. Mechaniczne zapisywanie jest dobre na start, lecz prawdziwa zmiana następuje, gdy zaczniesz autentycznie odczuwać wdzięczność. Pisanie w dzienniku było dla mnie jak ćwiczenie na siłowni – początkowo nużące i wymagające dyscypliny, ale z czasem zaczęło przynosić realne, odczuwalne efekty. Zaczęłam naturalnie, bez przymusu, wplatać wdzięczność w moją codzienność. Oto kilka sposobów, które mi w tym pomogły.

Po pierwsze, medytacja wdzięczności. Spokojnie, nie musisz od razu zapisywać się na dziesięciodniowe odosobnienie w ciszy. Wystarczy pięć minut dziennie. Usiądź w spokojnym miejscu, zamknij oczy i skup się na oddechu. Następnie zacznij myśleć o jednej osobie, rzeczy lub sytuacji, za którą jesteś wdzięczna. Spróbuj przywołać to uczucie w swoim ciele. Poczuj ciepło w klatce piersiowej, uśmiech pojawiający się na twarzy. Zamiast tylko myśleć „jestem wdzięczna za mojego psa”, poczuj radość na wspomnienie jego merdającego ogona, miękkość jego sierści pod palcami. Taka praktyka pogłębia emocjonalny wymiar wdzięczności i przenosi ją z głowy do serca.

Po drugie, świadome wyrażanie wdzięczności innym. Jak często rzucamy w biegu zdawkowe „dzięki”? Zamiast tego spróbuj być bardziej konkretna. Zamiast mówić koledze z pracy „dzięki za pomoc”, powiedz: „Dziękuję, że zostałeś wczoraj ze mną dłużej, żeby dokończyć ten raport. Twoje uwagi były niezwykle pomocne i bez ciebie nie dałabym rady”. Zobaczysz, jak zmieni się reakcja drugiej osoby. Takie komunikaty budują więzi i sprawiają, że druga strona czuje się autentycznie doceniona, a ty sama wzmacniasz w sobie poczucie wdzięczności. Czasem warto napisać list z podziękowaniami do kogoś, kto miał na ciebie pozytywny wpływ w przeszłości – nauczyciela, mentora, krewnego. Nawet jeśli go nie wyślesz, sam proces pisania może być bardzo wartościowym doświadczeniem.

Po trzecie, zmiana języka. Zaczęłam zwracać uwagę na to, jak mówię o swoim życiu. Zamiast „muszę iść do pracy”, zaczęłam myśleć „mogę iść do pracy, mam pracę, która daje mi utrzymanie”. Zamiast „muszę zrobić zakupy”, myślałam „mam za co zrobić zakupy i co włożyć do garnka”. Brzmi jak tania psychomanipulacja? Może. Jednak ta prosta zamiana słów całkowicie zmienia perspektywę. Pokazuje, że wiele rzeczy, które traktujemy jak przykry obowiązek, w rzeczywistości jest przywilejem, którego inni mogą nie mieć. To ćwiczenie uczy pokory i pomaga docenić to, co stało się dla nas przezroczyste.

Pułapki i mity na drodze do bycia wdzięcznym – czyli o co w tym wszystkim nie chodzi

Zanim w pełni zaangażujesz się w naukę wdzięczności, warto poznać kilka pułapek, w które łatwo wpaść. Na początku swojej drogi sama popełniłam kilka błędów, które prawie zniechęciły mnie do kontynuowania. Świadomość istnienia mitów pomoże ci ich uniknąć.

Mit pierwszy: wdzięczność to ignorowanie problemów. Nic bardziej mylnego. Próba bycia wdzięcznym za trudne sytuacje („dziękuję za ten kryzys, bo mnie wzmocnił”) na siłę, może prowadzić do tłumienia prawdziwych emocji. Jeśli czujesz złość, smutek lub rozczarowanie – masz do tego pełne prawo. Celem wdzięczności nie jest zaprzeczanie negatywnym doświadczeniom, ale budowanie zasobów psychicznych, które pomogą sobie z nimi radzić. Chodzi o to, żeby nawet w najgorszy dzień potrafić znaleźć jedną, drobną, dobrą rzecz. Może to być wspierająca wiadomość od przyjaciela, ciepły koc albo fakt, że jutro jest nowy dzień. Wdzięczność jest kotwicą, która trzyma cię na powierzchni, gdy wokół szaleje sztorm, a nie zaklęciem, które ten sztorm powstrzyma.

Mit drugi: musisz czuć wdzięczność przez cały czas. To nierealne i prowadzi do poczucia winy. Będą dni, kiedy ostatnią rzeczą, na jaką będziesz mieć ochotę, będzie pisanie o tym, za co dziękujesz losowi. W takie dni nie zmuszaj się do odczuwania czegoś, czego nie czujesz. Potraktuj to jak trening – nawet gdy nie masz ochoty iść na siłownię, robisz to, bo wiesz, że długofalowo przyniesie ci to korzyść. Tak samo z dziennikiem. Zapisz swoje trzy rzeczy mechanicznie, nawet jeśli będą najbardziej błahe na świecie. To działanie, nawyk, który podtrzymujesz. Emocje przyjdą z czasem. Praktyka wdzięczności i pozytywnego myślenia to maraton, a nie sprint.

Mit trzeci: wdzięczność jest tylko za wielkie, spektakularne rzeczy. Często czekamy na awans, wygraną na loterii czy idealnego partnera, żeby poczuć się wdzięczni. Problem polega na tym, że wielkie wydarzenia zdarzają się rzadko. Praktyka wdzięczności uczy, że szczęście kryje się w codzienności. Jeśli potrafisz docenić smak porannej kawy, promień słońca na twarzy czy śmiech dziecka, to masz dostęp do niemal nieskończonego źródła radości. Prawdziwa zmiana zachodzi wtedy, gdy uświadamiasz sobie, że nie potrzebujesz wielkich fajerwerków, aby twoje życie było dobre. Dobre jest już teraz, z tymi wszystkimi drobnymi, pozytywnymi elementami, które do tej pory ignorowałaś.

Konkretne zmiany, które zauważyłam – czyli po co to wszystko?

Po kilku miesiącach regularnej praktyki, bez wielkich oczekiwań, zaczęłam zauważać w swoim życiu subtelne, ale fundamentalne zmiany. Ogromny wpływ, jaki wdzięczność wywarła na moje podejście do życia, zaskoczył nawet mnie, zatwardziałą sceptyczkę. Nie stałam się nagle inną osobą, ale zmienił się mój wewnętrzny narrator – ten głos w głowie, który komentuje rzeczywistość. Stał się jakby… milszy.

Przede wszystkim, znacząco poprawiła się jakość mojego snu. Zamiast przewracać się z boku na bok, analizując wszystkie porażki dnia i martwiąc się o przyszłość, wieczorne pisanie w dzienniku kierowało moje myśli na pozytywne tory. Wieczorem przed snem, zamiast listy zmartwień, miałam w głowie listę dobrych rzeczy. To prosty trik, ale działa.

Wzrosła moja odporność na codzienne stresy. Korek na mieście wciąż bywał denerwujący, ale nie psuł mi już całego dnia. Kiedyś drobne niepowodzenie potrafiło wywołać lawinę negatywnych myśli o tym, że do niczego się nie nadaję. Teraz, dzięki zbudowanemu „buforowi” pozytywnych myśli, łatwiej mi było spojrzeć na sytuację z dystansem i powiedzieć sobie: „Ok, to się nie udało, ale udało się za to to, to i tamto”. Wdzięczność pomaga nam dostrzegać szerszy kontekst, zamiast fiksować się na jednym negatywnym punkcie.

Moje relacje z ludźmi stały się głębsze. Świadome wyrażanie wdzięczności sprawiło, że bliscy czuli się bardziej docenieni. Sama też zaczęłam patrzeć na nich inaczej, dostrzegając nie tylko ich wady, ale przede wszystkim to, jak wiele wnoszą do mojego życia. Otaczanie się pozytywnymi ludźmi i docenianie ich obecności to potężny wzmacniacz szczęścia.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak mojego wewnętrznego poczucia niedostatku. Ciągle miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje – lepszej pracy, większego mieszkania, ciekawszych wakacji. Skupianie się na pozytywnych aspektach codzienności sprawiło, że zaczęłam widzieć, jak wiele już mam. Przesunęłam punkt ciężkości z braków na obfitość. To nie oznacza, że przestałam mieć ambicje i cele. Jednak teraz dążę do nich z miejsca spokoju i zadowolenia, a nie z frustracji i poczucia, że jestem niewystarczająca.

Twoja kolej – jak zacząć już dziś?

Jeśli dotarłaś do tego miejsca, to znaczy, że coś w idei wdzięczności z tobą rezonuje. Może tak jak ja jesteś zmęczona własnym cynizmem. Może szukasz prostego narzędzia, które pomoże ci poprawić samopoczucie. Niezależnie od motywacji, rozpoczęcie jest banalnie proste.

Nie potrzebujesz żadnych kursów, specjalistycznego sprzętu ani mnóstwa wolnego czasu. Potrzebujesz kartki papieru i pięciu minut. Jeszcze dziś wieczorem, zanim położysz się spać, znajdź czas i zapisz trzy rzeczy, które dzisiaj wywołały u ciebie choćby cień uśmiechu. Może to być wiadomość od znajomego. Smaczny obiad. Wygodne buty. Cokolwiek. Nie oceniaj tego, nie analizuj. Po prostu zapisz. Powtórz to jutro. I pojutrze. Potraktuj to jak eksperyment. Daj sobie miesiąc. Obiecuję, że nie pożałujesz.

Zaczniesz praktykować wdzięczność, a twój świat się nie przewróci do góry nogami. Problemy nie znikną, a ludzie wciąż będą denerwujący. Zmieni się jednak twoja reakcja na świat. Zobaczysz, że nawet w najbardziej szarym i męczącym dniu można znaleźć kolorowe punkty. Z czasem punkty zaczną się łączyć, tworząc obraz życia, które jest o wiele bogatsze i lepsze, niż ci się wydawało. Najwyżej przez miesiąc będziesz mieć zeszyt z bazgrołami o smacznej kanapce. A może, zupełnie przypadkiem, odkryjesz, że świat nie jest aż tak wrogi, jak się wydaje przed pierwszą kawą. Warto spróbować.